JQuery Cycle Plugin - Fade In Image

Aktualności - Serwis informacyjny

Ciobani są nadal w Rumunii poważani cz.4

Ciobani są nadal w Rumunii poważani cz.4

 Tekst: Adam Kitkowski

 Zdrzemnąłem się nad ranem. Niedźwiedź nie przyszedł do naszego obozowiska – może i lepiej! Ciobani tez odetchnęli z ulgą. Ale przed nami jeszcze kilka miejsc, gdzie może się pojawić!

W  górach można się zgubić. A co dopiero w Karpatach rumuńskich znaleźć właściwe stado, z którym chcesz się spotkać. A jednak miejscowi pasterze doskonale wiedzą kto i gdzie wypasa. Ciobani ruszyli przede mną ze stadem. – Obejdziemy te drzewa, popasiemy trochę, to nas dogonisz – spokojnie informuje Piotr. Mam zgasić ogień, ale muszę złożyć jeszcze swój namiot. Jest wilgotny, w nocy popadało, a do tego poranna rosa. Suszyliśmy wczoraj spodnie nad ogniskiem. Mało nie spaliłem swoich górskich wyjściówek! Udało się wysuszyć buty górskie w środku, to bardzo ważne. Zobaczymy na ile pomoże to w wysokiej trawie.

Ale wróćmy do wczorajszego dnia.

Przed kolacją zrobiłem wieczorną sesję zdjęciową wszystkim – ciobanom, owcom, psom. Cristi usiłował złapać czarną owcę, by pozowała z nim do zdjęcia. Naganiał się chłop po całej polanie, zanim udało się ją złapać - bodaj za … szóstym razem! Wasili pozował z osiołkiem i z kompanami. Piotr do fotografowania podszedł ze stoickim spokojem. Zanim rozłożyliśmy nasze legowiska, musieliśmy wyciąć suche, kolczaste krzaczki. Dają się we znaki. Przechodziliśmy przez brzyzek, wspiąłem się na skarpę i chciałem na wprost pokonać chaszcze. A te „obłapiły” mój plecak dokumentnie i ani w przód , ani w tył, a do tego kłują kolce. Powoli odpiąłem mój „komin”, opadł na trawę i wtedy przelazłem przez zielony płot, ciągnąć za sobą dobytek. A owce przeszły tędy bez problemu? – użyłem słów poza słownikiem naszego ojczystego języka i trochę mi ulżyło.

Po zmierzchu, na horyzoncie, wyżej od naszego obozowiska rozbłyskują światełka.

My też jesteśmy dzisiaj powyżej tysiąca metrów. Mniej więcej na wysokości Gubałówki. Nigdzie nie ma żywego ducha – tak myślę? Tylko nasze stado, psy i my. Grają koniki polne. Cicho i spokojnie, słychać czasem dzwonek, którejś „blondynki” lub „brunetki” ze stada.

 Pytam rumuńskich pasterzy co tam jest – tam gdzie te światełka. A tam, tam pasą się woły i krowy – odpowiada Wasili. Na tej wysokości ? – pytam dalej z niedowierzaniem. -Da, da – dodaje Cristin. To jest pastwisko powyżej 2 tysięcy metrów n.p.m. Stado jest tam od wiosny do jesieni. Zimą schodzą do wioski – dopowiada.To jest chyba najwyżej położone pastwisko w Karpatach. Pamiętam opowieści o wypasach w tatrach Bielskich czy na Kominiarskim Wierchu. Wciągano owce po drabinie, a następnie drabinę zabierano. Dzięki temu nie miał do nich dostępu ani niedźwiedź ani wilk!...

Jestem wreszcie spakowany. Idę, by czym prędzej dogonić redyk. Jest pochmurno, widać zaledwie na sto, sto pięćdziesiąt metrów. Piotr obiecał, że zostawi jakieś znaki na trasie. Jest mokro i źle się idzie, a do tego zaczynam czuć ramiona od tych … - bagatela 30 kilogramów! mojego dobytku. Jest znak, skręcili w lewo. Idę, ale trochę na czuja … Zobaczymy czy ich odnajdę. Rozjaśnia się, rozglądam się po okolicy – cicho, spokojnie. O, tak po prawej na połoninie jest duże stado, ale czy to moi kompani, żałuję że nie wziąłem swojej lunety, teraz by pomogła! To chyba nie oni – wzrok mnie już zawodzi. Odbijam w lewo, błotnista drogą w dół. Pamiętam, co mówił Piotr – my w Beskidach chodzimy tak, by nie tracić wysokości. Kurcze, może jednak trzeba iść wyżej – to ich wreszcie zobaczę. Znowu chmury i mgła pospołu utrudniają lokalizację. Jak nie ujrzę ich za tym wzgórzem, to schodzę do wioski. I tak miałem taki zamiar, by któregoś dnia przejść przez osiedla. Jak się później okazało pasterze mnie widzieli jak schodziłem ze wzgórza, ale myśleli, że jak zwykle dołączę do stada i nie dawali dźwiękowych znaków.

Jest bardzo mokro, rosa i wysoka trawa. W butach już chlupie. Rozglądam się po połoninach – zielono i cicho, dobre miejsce na oddech od cywilizacji. Myślę, że za 8-10 lat Rumunia będzie przebojem turystycznym dla europejczyków. Decyzja – schodzę do wioski, wysyłam na pocztę Piotra wiadomość – „Do zobaczenia w Sighisoarze, pozdrów ciobanów, Adam K.”

Po godzinie pojawiają się zabudowania. W oddali widać szosę. Rozmawiam z napotkanym pasterzem, idzie ciężko, bo on mówi szybko po rumuńsku. Zrozumiałem, tak myślę. Mulţumesc, idę dalej. Przy szosie jest zajazd. Odpoczynek, śniadanie i … w drogę – pieszo do Sighisoary, bo stąd autobusy nie kursuję. Mam do przejścia ok. 30 km. Niezła perspektywa, ale liczę „na stopa”, tak się jeździło przecież w PRL-u. Starsza młodzież pamięta – czyż nie prawda?

Uszedłem chyba ze 3 km. Macham co chwilę ręką , by ktoś się zatrzymał…. Jest! Przystaje biały bus. Młody kierowca rozumie po angielsku. Wsiadam, zawsze to do przodu. Jest węgierskiego pochodzenia, tu w Rumunii to normalne. Żyją obok siebie Rumuni, Węgrzy, Niemcy (potomkowie Sasów), Cyganie, a na Bukowinie Polacy. Udało mi się podjechać do wioski Saschiz (Keisd po węgiersku). Wysiadłem naprzecie kościoła ( ewangelicki, była tu duża społeczność niemiecka) Jestem atrakcją dnia – duży człowiek, z dużą brodą i dużym plecakiem. Czuję się trochę nieswojo, ale starsi ludzie pozdrawiają  - Buňa dimineaţa (dzien dobry, rano). De unde sunteţi ? – pytają mnie dwie panie, które idą w tym kierunku co ja. - Sunt din Polonia. – odpowiadam. Polonia -  bine, bine (dobrze). Zatrzymuję się, by sfotografować saski zamek warowny na wzgórzu, a w zasadzie ruiny. Pokazują ręką, żeby tam iść. Ale ja mówię, że idę do Sighisoary. Drun bum( szczęśliwej drogi) – mówią na odchodne. – La revedere (do widzenia) – rzucam na odchodne. Rozglądam się po wzgórzach i myślę o „moich” ciobanach i stadzie, które prowadzą.

Jestem już trzecią godzinę na trasie do celu. Plecak ciąży, nogi bolą i … do domu daleko!

Co chwilę dostaję sms-y z Polski, od rodziny, sąsiadów, przyjaciół. Martwią się i dodają otuchy. Niezły wynalazek ten telefon komórkowy. Oszczędzam baterię, bo kto wie co się jeszcze wydarzy po drodze…. Przede mną, na horyzoncie następna wioska.

c.d.n….

Tekst: Adam Kitkowski, 

Foto: A.Kitkowski, George Catean

Poprzednia strona



Made by All Tech Support - Konrad Kopeć


Home Page

Total visits: 9157728
Online right now: 1


Donate