JQuery Cycle Plugin - Fade In Image

Aktualności - Serwis informacyjny

"Ciobani są nadal szanowani…" - relacja z pierwszych dni wędrówki

RELACJA Z PIERWSZEGO ODCINKA TRASY - ROTBAV - RUPEA - RUMUNIA

Tekst i foto: Adam Kitkowski  

Wyruszamy na naszą „Via Karpatia”. Będziemy wędrować dawnym szlakiem pasterskim – Wołochów przez Karpaty. Trasa w zasadzie liczy 1200 kilometrów, ale jak to z droga bywa – są nieprzewidziane przeszkody. Zatem okaże się na końcu ile było kilometrów.

Wyruszamy w wioski Rotbav, położonej w Transylwanii, niedaleko stolicy regionu – Braszowa. Wędrówka powinna zająć 300 owcom i pięciu pasterzom ok. 100 dni, ale tak naprawdę – ile to będzie – wie tylko Stwórca. Mamy do dyspozycji trzy osiołki, które na grzbietach dźwigają nasz dobytek –jedzenie, wodę, naczynia, odzież, pasterskie sprzęty. Mamy również „awaryjnie” do dyspozycji samochód terenowy VW, który wypożyczyła nam firma Autoremo z Bukowiny Tatrzańskiej.

Po uroczystym otwarciu Redyku Karpackiego we wiosce Rotbav, poświęceniu owiec i baców oraz wesołym festynie - ruszamy. W zasadzie ruszają ciobani z Rumunii i baca z Polski oraz ja, będę kilka dni dokumentował to wydarzenie. Reprezentuję Starostwo Tatrzańskie. Tego dnia dołączają do nas – fotografowie – Michał i Przemek, dziennikarz Bartek z „Tygodnika Powszechnego”, będą z nami kilka dni.

Zapada noc, robi się zimno, ratuje nas ciepło ogniska. Dołącza do naszego obozowiska dwóch braci Caţean – Sylviu i George (baca i jego brat – organizatorzy Redyku na terenie Rumunii). Ten pierwszy zostaje do pomocy na całą noc (jest bacą, ale i też cenionym wykształconym weterynarzem). Nie wystarczy paść owce za dnia, trzeba je również pilnować nocą. Mnie przypadło zadanie pilnować ognia, by nie zgasł. Wydawało mi się to bajecznie łatwe. Jak się okazało za kilka dni, przy zmęczeniu i deszczu, było to dla mnie duże wyzwanie.

Budzi się dzień. Posiłek przed drogą jest prawie rytuałem -  dokładamy drewna do ognia, jest go dużo i to suchego.”Cioban” zakłada kociołek z wodą na żelazny trójnóg – za kilka minut będzie kawa. Do tego chleb, ser, boczek. Trzeba się najeść do syta, bo droga daleka.

 Po śniadaniu pakujemy swój dobytek – pasterze na osły, my – „miastowi” na plecy… własne!. Idziemy w świat dalej … , a świat się budzi do życia. Okazało się, że w pobliżu  koczowało inne stado, w Rumunii to rzecz normalna. W Karpatach Rumuńskich jest ok. 9 milionów owiec. Ciekawe czy ktoś policzył pasterzy, czyli po rumuńsku „ciobanów”.

Sprawnie „przeskakujemy” szosę i wchodzimy w las.  Jeden z pasterzy, Cristi pokazuje nam ślady stóp … niedźwiedzia i uprzedza moje pytanie – „Nie to nie są świeże ślady, był kilka dni temu, może tydzień”. Zastanawiamy się wszyscy co by było, gdyby …. Ale o brunatnych siłaczach opowiem w następnym odcinku.

Idziemy, jak to w górach, raz pod górę, raz na dół. Wreszcie przerwa na „lunch”. Korzystamy z przerwy na sesję zdjęciową. Uszliśmy kilka kilometrów, ale cóż to jest!!!

Zbieramy się powoli, tu nie chodzi o wyścigi. Pytam Piotra – bacę z naszych Beskidów o cel naszej wyprawy, choć już kilka razy słyszałem odpowiedź , ale jest ona nowością dla młodszych  towarzyszy  podróży. „Tu nie chodzi o przegon owiec taki kawał drogi, Wołosi  szli przecież latami. Chodzi o spotkanie ludzi Karpat – pasterzy, rolników, rzemieślników, artystów. Owce są tylko pretekstem, by zagłębić się w istotę ludzkiej wędrówki przez życie. I najważniejsze nie dać się oderwać od ziemi przodków, nie dać się głupiej współczesnej modzie na sukces za wszelką cenę – mówi baca. Myślę sobie – mówi jak kaznodzieja, ale baca w dawnych czasach miał na szałasie też funkcję „kapłana”, lekarza ciała i duszy początkujących pasterzy. Jest już po południu. Czas napoić owce. O drodze, miejscu postoju, czasie pojenia, biwaku decyduje Vasile – cioban z 25. letnim stażem. Jak się okazało w dniach następnych było to nieocenione.

Idziemy dalej mijają upalne godzimy. Spotykamy inne stada. Życzliwe przywitanie ludzi gór i mniej życzliwe przywitanie się pasterskich psów. Po kilku minutach wszyscy są zaprzyjaźnieni. „Słyszeliśmy o waszej wędrówce w radiu, to jest daleko, nie byłem nigdy w innym kraju” – mówi po rumuńsku jeden z miejscowych pasterzy. Dzięki bogu, że czaban Cristi rozumie angielski, resztę trzeba się domyślić - „mówić” rękoma….(c.d.n.)                                                                                        

Tekst i foto: Adam Kitkowski 

Poprzednia strona



Made by All Tech Support - Konrad Kopeć


Home Page

Total visits: 9757380
Online right now: 1


Donate