JQuery Cycle Plugin - Fade In Image

Aktualności - Serwis informacyjny

Wspomnienia z Redyku - cz. 2

Ze wszystkich napotkanych pasterzy w czasie wędrówki przez Karpaty najbardziej osobliwą, by nie powiedzieć tajemniczą postacią był Vasyl Hryhorak z Ukrainy. Spotkałem tego pasterza na Wierchowinie. Vasyl stąd właśnie pochodzi. On jest wyznania prawosławnego, bo wszystkich Hucułów po II wojnie władza komunistyczna „zapisała” do cerkwi. Wcześniej byli greko-katolikami. A to jest zasadnicza różnica jurysdykcji - Rzymu lub Moskwy. W Bieszczadach, w Ustrzykach Górnych poznałem jego brata Piotra, który już jest mniej osobliwy, co prawda krótko rozmawialiśmy.

Dla Vasyla pasterstwo jest sensem życia, ale najważniejsza jest rodzina. Ten „niewielki człowieczek” ma w sobie żar wiary i przekonanie, że każdy na ziemi ma swoją drogę życia, która jest trudna, ale możliwa do przejścia. Po drodze powoli, nieco na raty, opowiadał mi historię swojej rodziny - o żonie, o dzieciach i wnukach, o przodkach, którzy też byli pasterzami, o życiu pod okupacją sowiecką. Pytam go pewnego dnia, gdy idziemy przez Bieszczady, czy wie coś o pasterskiej magii. Spojrzał na mnie przenikliwie i z niedowierzaniem, że go o to pytam. Pasterz zmienił temat, jakby nie było tej rozmowy. Coś wie, ale nie będzie na ten temat mówił, zorientowałem się dość szybko. Na Podhalu chyba największą wiedzę na temat pasterskiej magii ma sędziwy  Jędrzej Gal-Zięba. Ale czy baca z Chochołowskiej podzieli się kiedykolwiek swoją wiedzą z młodszymi góralami? Nie ma następcy, jego syn nie jest pasterzem. O wierzeniach i magii dr Janicka-Krzywda pisze, m. in. tak:

„…By darzyło się na hali, szałas musiał być zwrócony wejściem na wschód. Umieszczano je z reguły w jego ścianie szczytowej. Istotny dla pasterskiego gospodarstwa był też przebieg budowy szałasu. Nie rozpoczynano jej nigdy w Suche Dni, w piątki i środy oraz we wszelkie inne dni, w które obowiązywał post, żeby owce nie cierpiały na brak paszy, a bacę omijała bieda i niepowodzenia w hodowli. Nigdy nie budowano szałasu z drewna uszkodzonego przez piorun i powalonego przez wichurę, by złe siły, które zniszczyły drzewo, nie szkodziły potem pasterskiemu gospodarstwu. Przynajmniej pod jednym węgłem, pod pecką lub w wykopanym w ziemi dołku, umieszczano, podobnie jak przy zakładaniu koszaru, czyli zagrody dla owiec, święcone zioła, niekiedy też wosk z paschału i kawałek gromnicy. (…) Kolejną czynnością było zakładanie watry. W miejscu, gdzie miała płonąć, baca kreślił ciupagą znak krzyża. Ogień zapalano krzesiwem, a w dalekiej przeszłości świdrem ogniowym, gdyż musiał to być „żywy”, święty ogień. Gdy pojawiły się pierwsze płomyki pasterze witali z powagą potężny żywioł, mówiąc: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Baca zwracał się też do ognia, prosząc go, aby nigdy nie zgasł, był pasterzom i stadu życzliwy. Następnie wychodził na zewnątrz i okadzał szałas święconym zielem, okrążając go zgodnie z ruchem słońca. Zaczerpnięte z watry węgielki i zioła użyte do okadzania zakopywał w wejściu do koszaru dla owiec…” 

Vasyl, przeciwnie, uczy „rzemiosła” pasterskiego syna i wnuki.

– Jestem szczęśliwy, że żyjemy w zdrowiu. Może Bóg da, to i prawnuków doczekam.

To jego sakramentalne „jak Bóg da” na początku naszej znajomości dziwiło mnie trochę. Myślałem, że to jest tylko figura retoryczna. Ale po kolejnych tygodniach wspólnej wędrówki nabrałem przekonanie o jego silnej wierze. Inną, równie frapującą sprawą była jego minimalistyczna postawa wobec dóbr materialnych. I znów moje początkowe przekonanie, że wynika to z biedy całej Ukrainy mocno dotkniętej komunizmem, rozminęło się z prawdą. Sam Vasyl potwierdził w jednej z porannych rozmów przy ognisku (często było to tuż o świcie), że jego potrzeby nie wynikają wyłącznie z ukraińskiej biedy, ale są przemyśleniem nad sensem stwierdzenia „być czy mieć”, a co za tym idzie wyborem życiowej postawy. Dzięki temu niezwykle prostodusznemu góralowi i ja mogłem przeżyć chwilowe katharsis „ducha”. Mądrze o takim pasterzu pisze Leopold Staff:

Pasterzu! Czy cię pasać uczył wiatr wysoki,

Który po niebie wodzi wełniste obłoki?

Czyli uczył cię gęsty las na górskim stoku,

Co społem skupia drzewa swe w rodzinnym stłoku?

Czy też uczył cię księżyc co miesiąca młody,

Który jak owce pasie na niebie gwiazd trzody?

Chadzając za swoimi posłusznymi stady,

Pierwszy pojąłeś mądrość zgody i gromady.

Z wydeptanego owiec po manowcach śladu

Przeczuciem wyczytałeś najgłębszą myśl ładu.

Natchniony przez królową pszczół w miodowym ulu,

Pierwszym królem pokoju byłeś, owiec królu.

Wzgardziwszy uległością wleczoną powrozem,

Chętnemu posłuszeństwu pierwszym byłeś wodzem.

Zdeptałeś miecz, pod którym w grozie posłuch chadza,

I prosta jako laska twa jest twoja władza.

W tobie pierwsze oblicze błysło patriarsze,

A laska twa drewniana - to berło najstarsze.

Zmogłeś krwawej napaści czerwone morderstwo,

Gdy miłością rozkwitło twe białe pasterstwo.

Od maja do września 2013 roku całe Karpaty w jakimś stopniu żyły wędrówką Redyku, który pojawiał się we wioskach i małych miasteczkach. Redyk wyzwolił emocje nie tylko w pasterzach owładniętych „włóczęgą”, ale wyzwolił też emocje wśród górali, mieszkańców pasterskich osad, rolników – hodowców owiec, etnologów, pracowników parków narodowych, muzyków ludowych i znawców Karpat. Redyk „przypomniał” zasadnicze pytanie o wspólnotę tego regionu Europy dawniej i dziś. Nie bez przesady można powiedzieć, że w drodze rodziły się porozumienia, przyjaźnie, pomysły, idee. Ta perspektywa wędrowania ma taki sam „długi wektor” w przeszłość co i w przyszłość. Wiele osób zrozumiało, że wędrowanie do tożsamości jest i frapujące i inspirujące, daje siłę wiedzy i perspektywę prawdziwej wolności – wolnej od strachu, kompleksów i uprzedzeń.

Przez cały czas wędrowania  Redyku zdarzały się odcinki marszruty, które biegły dość ruchliwą szosą, a do tego w czasie urlopowym. Nie zdarzyło się  ani razu, by kierowcy „przepędzali” nas z jezdni używając klaksonu! Zawsze było z ich strony zaciekawienie i życzliwość. Zatem można postawić tezę, że napotkane na drodze owce z pasterzami wywołują pozytywne emocje. Być może spolegliwość tych zwierząt ma tu decydujące znaczenie.

Wspomnienia z Redyku Karpackiego dotyczyć muszą również przyrody. Chcę powiedzieć o – połoninach, halach, łąkach, strumieniach, lasach. Bardzo urzekła mnie ta przyroda, jeszcze trochę dzika, niezdobyta przez turystów, niezabudowana osiedlami „tubylców”. Wzgórza z rzadka porośnięte drzewami i krzewami, otoczone łańcuchami gór. Nieduży lasek zasłania nam nieco widok horyzontalny. Mimo to zawsze jest na co spojrzeć: tam przemyka po drzewie wiewiórka, dzik szuka nasion buczyny, jeleń stanie na skraju lasu w wymownej postawie, tu skowronek wije sobie gniazdko, inny ptaszek radośnie nawołuje towarzyszkę życia. Ptaki śpiewają, drzewa szumią, szemrze woda w strumieniu, beczą owce -  powstaje muzyka natury. Ileż można piękna usłyszeć nawet w ciszy. Patrzymy na pomarańczowo-fioletowe wschody i zachody słońca. Ich piękna nie da się w żaden sposób opisać, trzeba to zobaczyć. Człowiek nazwałby to magią. Płonące niebo rzuca blaski na góry i sprawia, że one też staja się magiczne. Nie są wysokie, ale mają w sobie majestat i dumę, coś, co potrafi wprawić w zachwyt. Coś, co sprawia, że nawet my, zwykli zjadacze chleba, patrzymy na nie z podziwem. A Redyk „przechodził” przez ten pejzaż wiosną i latem. Myślę, że jesienią to piękno jeszcze się potęguje. Wówczas to góry wydobywają z siebie niewiarygodną mozaikę barw. Brązy, czerwienie, zieleń, żółć, a nawet czerń przeplatają się i współgrają ze sobą tworząc paletę malarza. Wydaje się, że to właśnie artysta namalował to piękno natury wokół nas.
Piękne jest życie w Karpatach. Mamy wszystko, czego nam potrzeba: słońce, wiatr, spokój, „towarzystwo” owiec, a przede wszystkim piękno pejzażu, o którym pisał Kazimierz Przerwa-Tetmajer:

Cicho, cicho, nie budźmy śpiącej wody w kotlinie,

lekko z wiatrem pląsajmy po przestworów głębinie...

Okręcajmy się wstęgą naokoło księżyca,

co nam ciała przezrocze tęczą blasków nasyca,

i wchłaniajmy potoków szmer, co toną w jeziorze,

i limb szumy powiewne, i w smrekowym szept borze,

pijmy kwiatów woń rzeźwą, co na zboczach gór kwitną,

dźwięczne, barwne i wonne, w głąb wzlatujmy błękitną.

Za życia często nie znamy wielu miejsc na ziemi. Jednak to, w którym dane nam jest istnieć, każdego dnia wypełnia nas wdzięcznością i szczęściem. Wdzięcznością, że możemy tu być, a szczęściem, bo jak nie być szczęśliwym pośród tylu pięknych zjawisk, tych małych i dużych. Wystarczy je dostrzec. Człowiek chyba wciąż się tego uczy, bo często przechodzi obok tego piękna… obojętnie. Może kiedyś będziecie mogli poczuć to co ja poczułem na tej fascynującej „włóczędze” - jak bije serce karpackiej przyrody.

Tekst: Adam Kitkowski

Foto: Sebastian Słonina

Poprzednia strona



Made by All Tech Support - Konrad Kopeć


Home Page

Total visits: 7670367
Online right now: 1


Donate