JQuery Cycle Plugin - Fade In Image

Aktualności - Serwis informacyjny

Każdy może być pasterzem owiec kilka dni, ale nie każdy - całe życie. Wspomnienie o Redyku Karpackim 2013.

Moje wspomnienia z transhumancyjnej wędrówki przez Karpaty nie sprowadzają się wyłącznie do przygody życia rozumianej jako piesza wycieczka turystyczno – krajoznawcza przez inny, „nieznany”  świat. Choć w rozmowach z przyjaciółmi ten aspekt wędrówki często też podkreślam. Jeśli przyjąć za pewnik, że urodziłem się i wychowałem w państwie opresyjnym zwanym PRL-em i nie znałem od dzieciństwa pełnej wolności danej człowiekowi od Boga, to były to tygodnie intensywnego przeżywania czegoś wspaniałego. Może raz lub dwa razy w życiu miałem takie samo uczucie wyzwalania się z „opresyjnego świata” naznaczonego ideologią komunistyczną – jak  zakładałem NZS na uczelni i jak spotkałem się z Janem Pawłem II w Gdańsku na Zaspie.  Zgadzam się z pisarzem emigracyjnym Andrzejem Bobkowskim, który mówił - system komunistyczny to powrót do stanu zdziczenia. Totalitarny, zakłamany, zakładający ideologiczną tępotę. Zabierający to, co człowiek ma najcenniejszego–wolność.

 Co prawda pierwsze dni Redyku Karpackiego były próbą dostosowywania się do rytmu życia na rumuńskiej połoninie. Odkrywaniem pasterskiego świata niejako na nowo, bo co prawda istnieje on obok mnie na Podhalu, ale jest raczej reliktem niż żywą tkanką wszechobecną. Zrozumieć tak bogate i zakorzenione w tradycji pasterstwo nie jest łatwo. Tym bardziej jeśli, tak jak  w moim przypadku, nie ma się tradycji rodzinnej. Inaczej jest w Rumunii – prawie wszędzie są pastwiska z owcami, których „strażnikami” są pasterze i różnej „rasy” psy. I nagle zacząłem żyć w przestrzeni, na rumuńskich połoninach, które są na co dzień też niedostępne dla wielu Rumunów. Oni o ciobanach (pasterzach) wypowiadają się jak my o tatrzańskich zbójnikach, czyli jak o postaciach „legendarnych”. Dość szybko zorientowałem się, że pasterstwo w Rumunii jest ważną częścią rolnictwa, a także sposobem życia ok. 80 000 pasterzy. A do tego, po mrocznych czasach komunizmu, ponownie rozkwita. Przez te  kilka dni spotkałem Vasila, Cristi, George’a, Sylviu i wielu „anonimowych” pasterzy, którzy paśli swoje stada i szli, szli, szli …, nie wiadomo dokąd? A w zasadzie wiadomo – ciągle przed siebie – na następną połoninę. Ta wędrówka przed siebie ma coś z  przygody i włóczęgi jednocześnie. A jak mówił wspomniany wcześniej Bobkowski – włóczęga jest poszukiwaniem mądrości.  Każdy z nich miał swoją opowieść rodzinną, jak to przodkowie też byli ciobanami i dlaczego wybrali taką drogę życia. Przyglądałem się ich rytualnemu porządkowi dnia. Pobudka wcześnie rano, czasem jeszcze przed świtem, przepaska owiec, wzniecanie ognia, by zagotować wodę na kawę (ja wolę herbatę), pakowanie dobytku na osiołki i wymarsz. A wszystko nieśpiesznie, sprawnie i każdego dnia w tym samym porządku. Rytuał czy tylko monotonia życia, przymusowa praca czy pokoleniowa kontynuacja powołania?

Zielony krajobraz, gorące powietrze dnia, uspakajający wieczór, chłodny poranek – taki rytm doby zapamiętały moje zmysły. Bez wiatru, bez deszczu - ten krajobraz leczył, a przynajmniej łagodził wspomnienia długiej tatrzańskiej zimy. Woda, przed wszystkim woda była najważniejsza! – dla owiec, dla nas, dla całego górskiego świata.

Inaczej było w Bieszczadach. Brak pasterzy i owiec był symptomatyczny, do tego stopnia, że sporą część trasy „przedzieraliśmy się” przez nieskoszone przestrzenie lub lokalni przewodnicy przeprowadzali nas leśnymi duktami. Bieszczady na nasz Redyk „odpowiadały” niezwykłą życzliwością ludzi, którzy nie byli wychowani na tradycji pasterskiej, a tylko obserwowali ją wiele lat temu, gdy na tutejszych halach wypasali swoje stada bacowie tatrzańscy.  

Odczułem swoją religijność nieco inaczej jak w rodzinnej miejscowości. W spotkaniu z pasterzami prawosławnymi zauważyłem, że jedni byli przeciętnie uduchowieni - jak Christi, inni – jak Vasyl z Huculszczyzny byli ludźmi, którzy nawet pościli dwa razy w tygodniu - byli ortodoksyjni w swojej religijności. Wędrówka, a w zasadzie spokojne stąpanie po zielonym dywanie, poprzecinanym szarobrązowymi drogami i ścieżkami, wolna przestrzeń dookoła z wioską na horyzoncie, błękit nieba nad głową, inne poczucie mijającego czasu, pozwalały na egzystencjalne przemyślenia i mantryczną modlitwę.

Rozmowa toczyła się rzadko. Bariera  językowa i różne pochodzenie etniczne z jednej strony,  ich osobliwa małomówność, wynikająca bardziej z ciszy pejzażu niż z braku rozmówcy z drugiej strony, pozwalały na wspólne odczuwanie sytuacji, bez potwierdzania słownego. Ale jednocześnie ci sami pasterze chętnie nawiązywali dialog z napotkanymi innymi „strażnikami” stada czy wędrowcami.

Spotkanie z rodziną Catean było dla mnie niezwykle ważne. Zmieniło moje zapatrywania na naród rumuński. Trzej bracia – George, Sylviu, Ionut – to młodzi, wykształceni Rumuni z niewielkiej miejscowości pod Braszowem, ale jednocześnie tacy, którzy wyrośli na tradycji pasterskiej zaszczepionej im przez dziadka. Obserwowałem ich rożne osobowości. Powściągliwy i akuratny George, rubaszny, rozmowny  Sylviu (typowy baca) i skryty, tajemniczy Ionut (wielbiciel koni). A razem wzięci – prawdziwi potomkowie Daków!

Zapadły mi w pamięć słowa Sylviu – Nasz ojciec za rządów Caucescu siedział w więzieniu, a nasz dziadek miał skrawek ziemi i kilkanaście owiec i trwał w przekonaniu, że los kiedyś się odwróci. I po wielu latach los dał nam lepsze dni…. Zrozumiałem wtedy, że niezależnie od nacji i momentu historycznego jakże ważną osobą dla wnuków jest dziadek. To on ma w sercu tradycję rodzinną, w duszy wiarę przodków, w umyśle wiedzę i doświadczeniu życiowe, w mentalności przyzwyczajenia grupy etnicznej lub środowiskowej sprzed kilkudziesięciu lat, czasem sprzed stulecia. Ma dla wnuków czas, cierpliwość, niespodzianki. Uczy, doradza, broni, wybacza - inaczej niż rodzice – inne więzi tworzy z wnukami. Dziadek, czerstwy staruszek z papierosem w ręku, sypiący z rękawa ciekawe opowieści, a z kieszeni łakocie. Takich obu dziadków miałem i ja.

Innym doświadczeniem było spotkanie na Redyku Karpackim Piotra Kohuta. To jego pomysłem, powstałym trzy lata temu, było współczesne pasterskie przejście dawnym szlakiem wołoskim. A może ta myśl towarzyszyła „podświadomie” małemu Piotrkowi z Koniakowa już od kolebki. Może dopiero teraz dojrzała jego osobowość, przyszedł właściwy czas i powstały sprzyjające okoliczności, które uruchomiły istniejące (atawistyczne) pragnienie powrotu do korzeni. Już samo nazwisko świadczy o jego wołoskich przodkach.

Często w nas są nieuświadomione chęci podróżowania, odkrywania, przebywania w miejscach, które na „zdrowy rozum” nie powinny nas tak bardzo interesować. A jednak podążamy nieogarniętą, niezbadaną ścieżką życia. Sami często realizujemy rzeczy „szalone”, których sens odgadujemy po wielu latach lub nie pojmujemy do końca życia. To jest ludzki dramat wyborów. Jak śpiewa Anna German jest to „człowieczy los”.

Na początku Piotr, silna osobowość, nieco zamknięty w sobie, spoglądał na mnie jak na typowego „garniturowca” i do tego w podeszłym wieku. Myślę, że zadawał sobie pytanie – Po co mi jeszcze jeden problem w czasie długiej wędrówki? Miałem świadomość, że to ja muszę dostosować się do doświadczonego pasterza, a nie odwrotnie. Przygotowywałem się do Redyku jeszcze zimą. Wiedziałem, że najważniejsza będzie kondycja nóg. I regularnie ćwiczyłem intensywne marszruty po kilkanaście kilometrów. A do tego spotkania z bacami w tatrzańskich dolinach, by przygotować się choć trochę do życia „na szałasie”. Dopiero w czasie wędrówki z Redykiem przekonałem się, że pasterzom na co dzień wystarczy tak niewiele sprzętu, a mój plecak był przeciążony. I każdego dnia pozbywałem się kolejnych rzeczy, by na koniec rumuńskiej trasy „odchudzić” mój dobytek o kilkanaście kilogramów! Zrozumiałem postawę bacy Piotra, który bronił się przed wręczaniem mu różnego typu ekwipunku na czas Redyku. Minimalizm wielu pasterzy hartuje ich osobowość, stwarza sytuację, w której są oni bliżej życia eremity, pielgrzyma niż hodowcy czy rolnika. Przypominam sobie zwyczaj, że do dnia św. Jana na szałasie nie mogły baców i juhasów odwiedzać kobiety. To jest zasadnicza różnica w mentalności między człowiekiem wędrującym, np. pasterzem a człowiekiem osiadłym, np. rolnikiem. Ale zarówno jeden jak i drugi mają swoje stałe miejsce na ziemi – dom rodzinny, który traktują, jak mówił ks. Józef Tischner, jako środek świata….

Tekst i foto: Adam Kitkowski

(c.d.n.)

Poprzednia strona



Made by All Tech Support - Konrad Kopeć


Home Page

Total visits: 8900536
Online right now: 2


Donate