JQuery Cycle Plugin - Fade In Image

Aktualności - Serwis informacyjny

Spotkać pasterza z owcami w górach, to stać się towarzyszem jego wędrówki.

Siedzieliśmy  przy „rodzinnym” stole do północy. Gospodarz – Józef Pawlikowski był z nami „za pan brat”, to rzadka dziś cecha. Niestety coraz częściej zamykamy się w sobie, przeżywamy emocje w samotności lub ich nie okazujemy. Jest 6.15. Od kilkunastu minut na polanie obudził się ludzki świat – Bóg czuwał nad nami też w nocy. Owce były spokojne, spaliśmy „kamiennym” snem. Łukasz wyskoczył ze swojego śpiwora, Kristi i Piotr golą się dokładnie – dziś parada przez Zakopane, Wasile liczy owce, a ja przeglądam sprzęt fotograficzny, liczę na dobre fotki z Tatrami w tle. Tylko Vasyl podchodzi do naszych wielkich zabiegów z wrodzonym spokojem. On wyznaje chrześcijańską maksymę – co Bóg da, to będzie. Ten „stoicki” spokój pozwolił jego rodzinie przetrwać i systemy polityczne  i klęski życiowe i patrzeć optymistycznie w przyszłość.

– U mnie czetyre wnucziata, ja mam szczastie.  Da Boh, może ja doczekaju  prawnucziat. Moj brat Petro jest baćkom, a dziedom jeszczo nie. Ot takoj żywot.

Za chwilę wyruszamy z Małego Cichego przez Lichajówki do Murzasichla. Na tym odcinku przewodnikiem będzie Jan Palider – prezes PTTK, któremu towarzyszy Stanisław Kułach, od 1983r. sołtys Małego Cichego. Na wspólną wędrówkę wybrali się moi koledzy – Jurek Roszkowski, dr historii, pracownik Muzeum Tatrzańskiego i Marek Zaniewski – fotograf, już czwarte pokolenie! Jest z nami od wczoraj Czeska Telewizja. Mateusz pojechał naszym pojazdem towarowym do Zakopanego, też będzie na paradzie, zatem auto trzeba „wypucować”. Spokojna ścieżka górska podąża w stronę wioski, która ma nietypową nazwę Murzasichle. Mamy czasem niezły ubaw, gdy turyści wymawiają tę nazwę, pytając jak tam dojechać. Sama nazwa wywodzi się z połączenia dwóch nazw osad: Mur oraz Zasichle.  Kiedyś przepływała tu mała rzeka o nazwie „Sichła”. Niedaleko tej rzeki była położona wieś, której nazwa wzięła się właśnie od jej położenia „Zasichle” – za rzeką Sichłą. Pierwsza cząstka nazwy – „mur” wzięła się od nazwy miejscowości leżącej nieopodal Zasichla – „Mur”. Gdy dwie wsie połączyły się, powstała osada o nazwie "Murzasichle". Cała nazwa jest zapożyczona z języka Wołochów. Niestety od kilkunastu lat piękny pejzaż niszczą budynki deweloperskie –  stawiane bez ładu i składu!

Pan Jan spokojnym krokiem idzie na przedzie z Piotrem i ucinają sobie pogawędkę. A my tu z tyłu  rozmawiamy o historii narodów, które mieszkają blisko siebie, a tak są „od siebie daleko”.

– Wielka szkoda, że Ukraina jest tak mocno podzielona i do tego ta Zachodnia jest ciągle „antypolska”, a ta Wschodnia, choć nie jest przeciw nam, to jest mocno „prorosyjska”.- zagaja rozmowę Jurek.

– Ja poniał – przytakuje Wasyl. – Tam gdzie ja żyju, była Polska, po wojnie Rosja, a dziś je Ukraina. Ja dumaju, że my z Polskoj dogawarimsia, my Słowianie, a Jan Pavol to dla nas toże papa – dodaje.

Staram się tłumaczyć naszą rozmowę pasterzom rumuńskim – To tak, jakby iść górską ścieżką, spotkać innych Słowian i nie pozdrowić ich polskim „dzień dobry” – puentuje Marek. Dzielę się refleksją o wspólnej granicy polsko – rumuńskiej w 1939 roku. Wspomniał o niej ambasador RP w Rumunii na konferencji w Bukareszcie.

– Kristi, poznaliście naszego ambasadora na rozpoczęciu Redyku, pamiątasz?

– Da, da – odpowiada pasterz.

Piotr dołącza do nas i usiłuje zapalić fajkę. Marek przygląda się tym próbom zza aparatu, robi zdjęcia specjalnym urządzeniem fotograficznym w technice 3D.

Dochodzimy do Murzasichla, „przecinamy” wieś tuż przy kościele parafialnym i schodzimy w dół. Nasz przewodnik, Jan podpowiada ścieżkę, którą mamy iść na Budzowy Wierch. –  Obiecali mi, że na czas przejścia Redyku zdejmą „elektryczne pastuchy” – mówi Jan.

Oznajmiam, że za pół godziny będzie śniadanie, przygotowane przez restaurację przy wyciągu „Hajduk”. Słyszę gremialne – hurraa!  Rano wypiliśmy tylko kawę lub herbatę. Po obu stronach ścieżki zielone łąki, gdzieniegdzie przedzielone polem uprawnym lub „wyraźną” miedzą. Kilka lat temu poznałem górala, nie pamiętam nazwiska, co w tej okolicy ma ponad hektar w jednym kawałku – to rzadkość na Podhalu.

Dawniej były tu wyłącznie tereny wypasowe, które sięgały aż do Olczy, dziś jednej z dzielnic Zakopanego – pokazuje zamaszyście ręką sołtys Stanisław. Owce „maszerują parami” i skubią trawę raz z lewej, a raz z prawej strony ścieżki. Przy cmentarzu dołączył do nas Michał Łazarczyk z telewizją, która „robi” program o kuchni podhalańskiej.

Jesteśmy na Budzowym, jeszcze „skok” przez asfaltową drogę i docieramy do kompleksu o wdzięcznej nazwie „Hajduk” (w nazwie czuć sentyment do Węgier). I tu niespodzianka, wieś, mimo wczesnej pory wita nas owacyjnie. – Nawet ciotki wysły przed chałupe – śmieje się góral Michał. Piotr decyduje się zejść z owcami na stok wyciągu narciarskiego i tam popaść. W tym momencie wokół nas zaludniło się. Przyszła na spotkanie z Redykiem grupa dzieci, które są  tu na letnich wakacjach. – Słyszymy chóralne „dzień dobry”, odpowiadamy tak samo.

– Skąd przyjechaliście na wakacje? – pytam opiekunkę.

– Ze Śląska, z Katowic, jeździmy na Podhale od kilku lat. Przedwczoraj dowiedzieliśmy się, że tędy będzie przechodził Redyk i dlatego „pobudka” była dzisiaj trochę wcześniej. Dla dzieci to bardzo ciekawe spotkanie, będą opowiadać o nim w domu i w szkole.

Na tarasie restauracji „Hajduk” suto zastawiony stół – pieczywo, ser, kiełbasa, jajecznica, ciasto. - Ale uczta, nie spodziewaliśmy się takiego przyjęcia – komentuje Jan. Gospodarz, wita się z pasterzami i „obstawą” Redyku, zaprasza do stołu. – Już, już idziemy, tylko sesja zdjęciowa, bo pejzaż na Tatry z Giewontem na pierwszym planie wyborny! Poranne, sierpniowe słońce i błękit  nieba współgrają z rodzinną atmosferą miejsca. Przypomina  mi się kilka „porannych” spotkań w górach – Murowaniec,  Kopieniec, Roztoka – też była rodzinna atmosfera, mimo że ludzie spotkali się pierwszy raz w życiu.  Spotkanie nieznajomego w górach (pomijam doliny reglowe i „potok” mieszczuchów), szybko staje się spotkaniem „bratniej duszy”. Stąd ten zachowany dawny zwyczaj pozdrawiania się turystów - Dzień dobry -. Jan i sołtys żegnają się z nami przed budynkiem. Napotkać człowieka w górach i pozdrowić go, to tak jakby stać się towarzyszem jego wędrówki. Niestety ludzie dzisiaj żyją wyłącznie emocjami. „Spotkanie” z drugim człowiekiem traktują lekko, jak zabawę. Nie przejmują się konsekwencjami takiego życiowego zdarzenia – „spotkania”.

Właśnie przechodzimy przez teren TPN, oczywiście duktem leśnym, na Wyskówki, tam znów zatrzymamy się na przepaskę. Jurek wywołuje historię rugowania baców z terenu parku po wojnie. Przypomniała mi się słynna Uchwała RM nr 415/60 w sprawie uregulowania stosunków własnościowych na terenie TPN. I tak de facto od tego czasu zaczęło się wyrzucanie pasterstwa z Tatr. Słynny baca Jan Murzański, którego władza ludowa siłą wyprowadziła z Rusinowej (co prawda udało mu się powrócić w 1981r.) i inni -  Józef Galica-Grulok, Stanisław Bobak-Mikołajek musieli odejść z tatrzańskich hal.

Łoni sie jus mineni – dopowiadam „gwarą”

– Ale było owiec i bydła w Tatrach za dużo – wyjaśnia doktor Jerzy.

To prawda - zgadza się Piotr  - ale przepędzić wszystkich, to znaczy zniszczyć krajobraz górski i zachwiać bioróżnorodność polan, a za jakiś czas zniszczyć też polany

Znów próbuję przetłumaczyć Rumunom. Ożywia się Kristi. – U nas też Ceauşescu zabierał gospodarzom owce i też się bronili, szli do więzienia, a niektórzy zostali zabici. – Oczywiście komunizm chciał pozbawić ludzi własności – puentuje Jurek.- Ale u nas owce wróciły w Tatry w 1981 roku dzięki uporowi baców i dzięki działaczom Solidarności RI, np. Janowi Antołowi czy Janowi Pawlikowskiemu – dodaję. Nasz Redyk Karpacki jest też przypomnieniem tej bliższej historii i jest swoistym memento dla wszystkich pasterzy karpackich.

Dochodzimy do Olczy, nadal jest gorąco. Tu na Hutach jest potok, to wszyscy użyjemy w źródlanej wodzie. Pierwsze wskakują owce, widać, że miały ochotę na „kąpiel”. Ściągamy wszyscy buty, o przepraszam – Wasyl nie, i chlup do potoku. Ale ulga po tych …. kilkunastu kilometrach transhumancji dziś. Przygląda nam się stary góral, chyba przyszedł z wnukiem.

Dziadku, a wyście stąd, z Olczy? – pytam.

– E wicie, jo jus mom łosimdzisiąt pinć roków, urodziłek sie haw, w Gawlakak – pokazuje ręką.- Ino, ze cale zycie siedzieli my tu w Hutak.  Jo mioł łowce i krowy, a i łociec przed wojnom tys mioł kierdel, tyn was kierdel zaś tyz niemaly.

– Którędy najlepiej będzie przejść na Bachledzki Wierch? – upewniam się w swojej wiedzy.

E wicie, prościutko łobok tej zagrody, haw bez droge, przed nowiućkom chalupom w lewo bez pola na Wirch. Jo se tak idem kozdego dnia, coby na Tatry pozieraćWicie, trza sie rusoć, bo jak ni, to kostucha wnet przidzie.

– A jak wy sie pisecie? – pytam na odchodne.

– Jo, Józef Pawlikowski – odpowiada czerstwy góral.

Przeszliśmy na Bachledzki tak jak podpowiedział  „dziadek Józek”. Tu miałem uzgodnione z Józkiem Wojnarem z Pardałówki, że popasiemy na jego polu na Ugorach. Ale owce skorzystały z cienia, który dawała duża brzoza i zdecydowały się na odpoczynek. To my też. Za kilka minut zjawia się grupka górali z Olczy. Okazuje się, że to dzieci słynnego bacy  Stanisława Bobaka-Mikołajka z Bustryku, który w czasie obrad rządowej komisji z góralami na temat przywrócenia wypasu w Tatrzańskim Parku Narodowym powiedział „Ja bym na kolanach z owcami wrócił w Tatry”.

Było nas czworo – mówi Anna Zalińska, która obecnie mieszka w Chicago.Przyszła też moja siostra – Maria z synami, przynieśli Wam poczęstunek. - Nasz tata był z owcami całe życie. My dobrze pamiętamy redyki na Olczy i w Tatrach – mówi z rozrzewnieniem Maria. W czasie naszej rozmowy owce rozgościły się na Józkowym i „wcinają” zieloną trawę. Piotr udziela wywiadu dla polskiego radia w Chicago, a  obie telewizje „kręcą” tatrzański pejzaż w owcami …

Redyk „rozruszał” bez mała  pół świata! Jesteśmy na Antałówce, miejscu widokowym na Tatry, niestety idzie na burzę. A może i lepiej, że wreszcie popada, gdyż nadal jest gorąco. Całą naszą grupką idziemy na proszony obiad do Willi widokowej „Wojnar”. To pięć minut stąd. Jak zwykle Vasyl zostaje z owcami. -Przyniesiemy jedzenie w menażce – obiecuję Hucułowi, z którym trochę zaprzyjaźniłem się.

Dzieeń dobrry! – wita nas jak zwykle uśmiechnięta gaździna Maria. – Buňia ziuă – zgodnie mówią Kristi i Wasile. Ledwo usiedliśmy, a już „wjeżdżają”  naczynia z dobrymi zapachami.

Dziś ryba z ziemniakami, bo piątek – mówi bogobojna góralka, z którą byłem na pielgrzymkach.

Marysia pochodzi z rodu Szczepaniaków z Kościeliska, a Józek z Wojnarów z Zakopanego. Jego przodkowie ze strony babci „siedzieli” na Olczy, na Mrowcach i stąd dziadek nazywał się Andrzej Mrowca-Kuscorz – objaśniam koligacje rodzinne naszych gospodarzy. - Jeszcze nie tak dawno na Antałówce i Bachledzkim żyło tylko kilka gazdowskich rodzin, Slimoki, Mrowce, Staromłyńscy, Walkosze, siostry zakonne i stała Witkiewiczówka, a  tak były puste pola, a dziś gazdówek nie przybyło, ale przybyło pensjonatów i bloków deweloperskich, większą część roku pustych – mówi ze smutkiem Józek. Wracam do owiec z pasterzami, Jurek i Marek spieszą do domu, by zdążyć na wieczorną „paradę” Redyku przez Krupówki.

Mocno pada, a nawet leje!..., ale Pan Bóg najlepiej wie, co i kiedy przyrodzie, owcom i człowiekowi jest potrzebne - myślę sobie. To człowiek często wymądrza się, że wie lepiej!

 Tekst: Adam Kitkowski

Foto: Marek Zaniewski 

Poprzednia strona



Made by All Tech Support - Konrad Kopeć


Home Page

Total visits: 7652488
Online right now: 4


Donate