JQuery Cycle Plugin - Fade In Image

Aktualności - Serwis informacyjny

Za Gubałówką żyje prawda o dawnych i dzisiejszych góralach tatrzańskich

Zakopane jeszcze śpi, gdy na Równi Krupowej "Redyk Karpacki" - czterej pasterze i kierdel 300 owiec - zbiera się o świcie do drogi. Owce spokojnie czekają w kosorze. Ochrona spisała się dobrze, mieliśmy obstawę całą noc.  Po północy, już 10 sierpnia „zdrowo” popadało. Obniżyła się temperatura powietrza, opadły nieco wczorajsze emocje. Ciągle jesteśmy w centrum Zakopanego, ciągle zastanawiam się z bacą Piotrem czy przejście przez Krupówki „obudziło” ducha w góralach z  tego tatrzańskiego „kurortu”?  Zabrzmiały co prawda trombity, zabrzmiał i róg (jak w dramacie Wyspiańskiego „Wesele”), ale dopiero czas pokaże czy lud podhalański ocknął się z  teraźniejszej niemocy...

Jeszcze trochę kropi, gdy ruszamy na dolną Rówień Krupową, jak mówią niektórzy Zakopianie, podziwiając starodawną salę koncertową, czyli namiot cyrkowy i nowoczesny magistrat miasta. Tylko owcom jest wszystko jedno, którędy wędrują przez Zakopane, byleby po drodze była soczysta trawa. Przechodzimy przez ronda, bez ruchu okrężnego! - Bee, bee – śmieją się i białe i czarne czteronogie stworzenia, a my co prawda nie „beczemy”, ale też w śmiech, wszyscy, jak na komendę. Może dlatego, że prowadzi Redyk wóz policyjny – w pewnej odległości oczywiście. Na ulicy Powstańców Śląskich mija nas biegacz. To kolega Jurek, przewodnik tatrzański ćwiczy kondycję przed kolejnymi wycieczkami.

Docieramy na Polanę Szymoszkową, tu będzie dłuższy postój. Jest z nami jeszcze Czeska Telewizja, dziś kończą materiał z Podhala. Na spotkanie Redykowi wyszedł prezes firmy „Dorado” Jan Walkosz-Jambor i zaprasza pasterzy na śniadanie. Znamy się już sporo lat. Cenię jego otwartość na różne inicjatywy. Wasyl dziś nie pości i dlatego „śmiga” do restauracji pierwszy.

Na balkonach hotelu „Kasprowy” i na polanie turyści obserwują nasze stado i „pstrykają fotki”. Wiemy, że tu też wypasa baca z Zakopanego. Trzeba uważać, by stada nie pomieszały się. Szymoszkowa to dawne miejsce osodu. Stąd gazdowie zabierali swoje owce jesienią do zagród. Kilka rodów góralskich miało tu swoje „parcele” i domy.

Idziemy powoli na „wierch” Gubałówki, pod wyciągiem krzesełkowym – turyści patrzą z góry i liczą ile jest w kierdlu. Piotr podpowiada: policzcie nogi i podzielcie przez śtyry, musi się zgodzać. Prowda jest tako, ze bacowie owiec nie liczom, ino cytajom – to jus taki starodawny zwyk – objaśnia pasterz z Beskidu Śląskiego. Jeszcze jedna „przepaska” i za pół godziny będziemy przy górnej stacji.

Patrzę przed siebie i przecieram oczy ze zdziwienia – w dół, do nas idzie z zieloną gałązką w ręce – na znak powitania „mój ulubiony” fiakier – Kazek Gąsienica z Szeligówki.

– Jo ni móg wytrzimoć w chałupie i prziseł ku Wom, ku Redykowi – mówi mój druh wielu konnych wycieczek – zimowych i letnich. A za nim podąża drugi fiakier – Władek, co „siedzi” na gazdówce w Kościelisku. Na  co dzień Kazek fiakruje w Dolinie Kościeliskiej, tak jak jego ś.p. ojciec - Jan z Roztok i teść Stanisław Stopka.

– Kazek, nie spodziewałem się, że my się tu spotkamy! – mówię witając się z zawsze pogodnym góralem „na misia”. Przy górnej stacji wyciągu „Szymoszkowa” czekaja już na Redyk – wójt Gminy Kościelisko, Bohdan Pitoń, dyrektor GOKR - Małgorzata Karpiel-Bzdyk, starosta tatrzański – Andrzej Gąsienica-Makowski, Staszek Krupa, radni z gminy, mieszkańcy Kościeliska i  turyści. Kapela gra Marsza Chałubińskiego, tylko niski pułap chmur nie pozwała, by radosne granie słyszało pół świata. Piotr wita się z oczekującymi i otrzymuje kobiałkę z poczęstunkiem. Ciągle ten zwyczaj obdarowywania na drogę, czy „wyprawki” do roboty jest żywy na wsi.

I Redyk w godnej asyście wędruje w stronę Butorowego Wierchu. Mgła gęstnieje wokół nas z minuty na minutę. Co kawałek dołączają do nas okoliczni mieszkańcy.

– Nie wiedzieli my o ftorej bedziecie śli, ale wiedzieli my, ze dzisiok, to se cekomy.  Są tu gazdowie, na czele z Władkiem Kukulakiem, który pomógł to przejście wyznaczyć. - Kolejną przepaskę zrobimy na Kulach – proponuje Józek, młody góral z Kościeliska, który zamierza iść z Redykiem do Chochołowa.

– Dziadek bacował, ojciec miał owce, to i mnie do redyku ciągnie. Dobrze się składa, gdyż w tym czasie Piotr, Kristi i ja pójdziemy na Anioł Pański do kaplicy M.B. Różańcowej, która stoi na „grzbiecie” Gubałówki. Modlitwę anioł Pański poprowadził ks. dziekan Bogusław Filipiak – proboszcz parafii Najświętszej Rodziny. Szkoda, że nie przybyli na spotkanie i modlitwę zakonnicy z Zakopanego i okolic.

Idziemy na Gruszków Wierch, a dalej na Ostrysz. Znam te trasę, bo chodziłem tędy już kilka razy. Po lewej stronie, w dole jest pasterska wieś Dzianisz, założona w XVII wieku. Jej nazwa pochodzi ponoć od wołoskiego zestawienia Dzea-nysz (rzeka w dolinie). Dzianiszanie brali czynny udział  w Powstaniu Chochołowskim, w Legionach J.Piłsudskiego i w wojnie bolszewickiej..

-Wyśli my przywitać pasterzy, co z Rumunie idom jak nasi przodkowie Walasi – mówi jeden ze Styrczulów. -Tak, to się zgadza, takie nazwiska jak Dorula, Styrczula są wołoskiego pochodzenia. Zresztą widać po was, żeście bacowie, juhasi, bo w taką pogodę chciało się wam wyjść  w pola ku Redykowi. Toście ludzie hyrni i twardzi jak mało kto na polskiej ziemi. – Poczęstujcie się po góralsku, z jednego kieluska. – mówi też Styrczula, ale nieco młodszy. - A ja już do tego zwyczaju przywykłem – odpowiadam jowialnie i mówię do Wasiliego – Norok (na zdrowie po rum.) – Wasilie skinął głową, że przyjmuje życzenie i … kielusek. Są tu, symbolicznie w imieniu całej wsi:  Andrzej Gruszka, Andrzej Styrczula, Władek Styrczula, Wojciech Długopolski, Józek Staszek, Wojciech Skupień. Nie wszystkich zapewne wymieniłem, ale było Dzianiszan wielu i dalej też byli na miedzach, z dziećmi, wnukami, z dobrym słowem, uśmiechem, poczęstunkiem … w  juhaską pogodę!

– I słyszałem te staropolskie pozdrowienia – Pon Bóg s wami …, Bóg zapłac …, Boże prowoć … Taka to żywa prawda o góralach tatrzańskich jest w tych ludziach z Dzianisza.

Idzie z nami do Chochołowa też Stanisław Skupień, pracownik TPN i jego syn – Wojtek. Przyjechał specjalnie z Krakowa, by spotkać Redyk, współczesną wędrówkę do tożsamości. Jest pokoleniem mojego syna. Wie, że studia niczego w Polsce nie gwarantują, no może jedynie potęgują „ból egzystencjalny”. Ale wyjechać na emigrację nie zamierza.

Już widać wieś Chochołów, mieszkają tu gazdowie, potomkowie powstańców z 1846 roku. Górali, którzy odważyli się nie tylko o wolności marzyć, ale o nią potrafili się upomnieć zbrojnie. Tuż przed wsią, od strony Cichego witają Redyk: wójt gminy Czarny Dunajec - Józef Babicz, sołtys Chochołowa – Kazimierz Marduła, prezes tutejszego ZP – Zofia Stalmach, radni i mieszkańcy tej „zabytkowej” – prawie całej drewnianej wioski. Wójt z przyjemnością wręczył pasterzom karpackim spinki góralskie, a do remizy OSP prowadziła Redyk kapela góralska i naczelnik straży Andrzej Maciaszek. Tuż przy sławetnej figurze „Nepomuka” dołączył do mnie Jurek Czerski, w którego żyłach płynie krew góralska (matka pochodziła z poroniańskich Galiców). – Słuchaj, jest to dla mnie wielkie przeżycie, iść na początku takiego historycznego redyku przez malowniczą wieś Chochołów. Ubrałem sobie na tę okoliczność koszulę góralską – mówi mój starszy kolega, którego nie znałem od tej strony.

Przed remizą tłum ludzi, są także pasterze z Niemiec Północnych – Brandenburgii i Westfalii-Nadrenii. Jeden z prezesów związku hodowców owiec – Knut Kucznik, przyznaje, że wybrał się na to spotkanie chętnie, bo ma polskie korzenie. Wszystkich zebranych, a szczególnie pasterzy Europy Zachodniej i Karpat wita starosta tatrzański. Jurek tłumaczy na niemiecki. Pasterze wręczają sobie prezenty, powiewają flagi – Polski i Niemiec. I tak Redyk Karpacki symbolicznie dociera też do innych pasterskich regionów naszego kontynentu. Nikt wcześniej nie spodziewał się takiego odzewu z Europy. Idziemy - pasterze, goście, gospodarze dawnym zwyczajem na wspólną wieczerzę. Oczywiście będzie kwaśnica na żeberkach i ciasta przygotowane przez koło gospodyń.

Ta gazdowska, stara osada zaświadcza prawdę wypowiedzianą swego czasu przez  generała - górala Andrzeja Galicę: Kieby co, kany co, abo co, to my som.

Tekst :  Adam Kitkowski 

Foto: Józef Michałek i Adam Kitkowski

 

Poprzednia strona



Made by All Tech Support - Konrad Kopeć


Home Page

Total visits: 7696414
Online right now: 1


Donate